Wspomnienie o Księdzu Kardynale wśród Polonii

Wspomnienie o Kardynale Adamie Kozłowieckim SJ (1911-2007)

Odszedł kolejny Wielki Polak, patriota, misjonarz, skromny człowiek kochający Boga w ludziach, którym służył, dla których był nie tylko Kardynałem, ale i sługą w Chrystusie najniższym – jak sam się określał, podpisując każdy swój list.

Miałam ten zaszczyt poznać Go dawno temu, bo w 1968 roku, jako dziewczynka, a korespondencja z ks. kardynałem nawiązała się poprzez moją ciekawość świata. Potem poznałam Go osobiście, dzięki zaproszeniu, które otrzymałam na prywatną audiencję do Częstochowy w dniu 2 maja 1969 r. Pamiętam to spotkanie do dziś. Pojechałam z moją Mamą i bukietem kwiatów. Jechałam z radością, bez obaw przed Wielką Osobą, i lęku o czym będziemy rozmawiać. Raczej moja Mama była stremowana, ja po prostu się cieszyłam, tak jak na spotkanie z kimś z mojej rodziny. Po przywitaniu, przy herbatce rozmawialiśmy o rzeczach zwyczajnych, szkole, rodzinie, moich dziadkach, przecież znaliśmy się dzięki listom, które regularnie docierały. Byliśmy już zaprzyjaźnieni. Z pewnością moje listy śmieszyły Go i radowały, często zawarte były w nich wszystkie tajemnice osobiste i rodzinne, pisane „w sekrecie” dziecinnym charakterem pisma, na pewno z błędami ortograficznymi. Na wszystkie odpowiadał. Interesował się wydarzeniami z mojego życia, udzielał rad. Często były to 2-3 zdania napisane odręcznie, poprzedzające długi list adresowany do wszystkich przyjaciół, w świetnym stylu, lekkim piórem, pisany przez 7-9 kalek maszynowych, trudny do odczytania.

Na początku korespondencja była częsta, jednakże z upływem lat, przy nadmiarze obowiązków i po prostu z braku czasu, wysyłaliśmy do siebie tylko kartki na święta oraz życzenia imieninowe. Jego listy, o rzeczach zwyczajnych i doniosłych zachowane do dziś, były żywą relacją, rozmową z przyjaciółmi, których miał wiele, urzekające piękną polszczyzną, poczuciem humoru, polotem, troską, ciepłem.

Gdyby był pisarzem, z pewnością zasłużyłby na Literacką Nagrodę Nobla, a ponieważ był misjonarzem wśród Afrykanów, w 1998 roku dostał od Papieża Jana Pawła II, co jest ewenementem wśród zakonników, kapelusz kardynalski.

Napisał wtedy do Papieża: „Wyznaję, Ojcze Święty, że ta wiadomość kompletnie mnie zaskoczyła. Trudno mi było to zrozumieć i uporządkować myśli, które – co oczywiste w wieku 87 lat – były zajęte innymi problemami. Całując ręce i stopy Waszej Świątobliwości, z wdzięcznością przyjmuję ten znak zaufania, przede wszystkim jako znak uznania dla wszystkich prostych misjonarzy, którzy z woli Bożej pełnią posługę biednym, braciom i siostrom, którzy nie znają Ojca. Nauczono mnie, co znaczy być zakonnikiem – jezuitą, potem nauczono mnie, co znaczy być kapłanem, teraz muszę się jeszcze nauczyć, co znaczy być Kardynałem, bo tego mnie nie nauczono”.

Kozłowiecki pracował, modlił się o wszystko i za wszystkich, nawet za tych, którzy go okradli – tłumacząc, że jak słucha się spowiedzi w 6 językach i ma się wiele zajęć, to jest się roztrzepanym, i dlatego tak się stało. Starał się o wszystko i jak dobry gospodarz dbał o wszystkich. Bandażował stłuczone kolana, zmieniał opatrunki, uczył religii, odprawiał Msze św. Brał udział w licznych konferencjach, a opisując w liście do mnie z 19 kwietnia 1972 r., pisał w żartobliwy sposób: „Jestem w ukropie pracy i pośpiechu. Pojutrze wyjeżdżam na 6 tygodni, najpierw do Lusaki po różne zastrzyki, wizy i inne formalności, przy tem 23 godziny mam przemawiać w Lusace na konferencji jakichś bardzo świątobliwych niewiast (Ks. Arcybiskup Milingo w Ameryce, Nuncjusz w Rzymie), chcą koniecznie mieć coś fioletowego na tej konferencji, więc w braku czegoś uczciwszego i ja ostatecznie ujdę…”.

W wywiadzie dla „Dziennika” przyznał się R. Mazurkowi, że na konsystorzu w Rzymie nie miał czerwonych skarpetek: „Nie kupił, bo zapomniał, a w buszu i tak mu są zbędne” – jak to rozbrajająco wyznał.

Wielkie Serce jakie miał dla Misji w Zambii (dawna Rodezja) było zauważone i przez tych maluczkich, jak i wielkich tego świata. To Jego misję odwiedził osobiście w 1972 roku prezydent Zambii dr Kaunda. A murzyński król Undaunde, pojawił się w Kasis na uroczystości święceń, przemierzając z orszakiem 60 mil i to pod papieską flagą, którą „gwizdnął” na tę okoliczność misjonarzom. Odznaczony był wieloma orderami zambijskimi za wydatne przyczynianie się do niepodległości Zambii i poszanowania praw człowieka w tym kraju. Martwił się sytuacją polityczną w Zambii, w okresie wyborów parlamentarnych w 1996 roku, pisząc w listach: „Modlę się znowu, żeby i ludzie usłuchali głosu Tego, któremu wody i wichry są posłuszne…”.

Bardzo rzadko skarżył się, nawet już w późnym wieku, na jakieś choroby, a jeżeli już, to też wkładał w to sporo autoironii, jak w tym fragmencie listu do mnie:

„…modlitwom Pani polecam moje bardzo specjalne intencje, zwłaszcza że dziadzieję i grozi mi znaczne „unieruchomienie” – artretyzm w kolanie bardzo utrudnia chodzenie, może trzeba będzie i zrezygnować z włóczęg misyjnych, a wtedy człowiek najwyżej do cerowania misjonarskich skarpetek się jeszcze nada…”.

Wiedziałam, dzięki stałym listom, co „trapi” i niepokoi ks. kardynała Adama Kozłowieckiego. Zawsze prosił o modlitwy w intencji Misji, bo uważał, że modlitwa ma niesamowitą moc – przebija Niebiosa. Wspominając w swojej książce „Ucisk i strapienie” o dokumentach dotyczących likwidacji wyzwalanego przez wojska alianckie obozu w Dachau, ukazuje wysłuchanie modlitw. W listach do nas – swoich przyjaciół, często wspominał, że susza ustąpiła za przyczyną modlitw. Wiara – przenosi góry, modlitwa – wyprasza łaski. A Jego życie, poświęcenie, praca na Misjach – to świadectwo miłości Boga przez człowieka i człowieka przez Stwórcę.

W Jego życiu następowały zmiany tylko w podpisie: Sługa w Chrystusie najniższy + Adam Kozłowiecki, przez te wszystkie lata nic się nie zmieniło. Był taki ciepły, a jego dobre oczy i radość powodowały, że nie odczuwałam dystansu, dostojeństwa, różnicy wieku, w rozmowie z Arcybiskupem. Wtedy, tak do końca nie zdawałam sobie sprawy z wielkości tego wydarzenia, dopiero po latach odczuwam zaszczyt i ogromną wagę tego spotkania. Dzięki Niemu w 1967 roku przeczytałam „Ucisk i strapienie”, którego mottem jest Psalm 118.143 „Spadły na mnie ucisk i strapienie”, książka w formie „dziennika pokładowego”, jeżeli tak można nazwać wspomnienia z obozów w Oświęcimiu i Dachau, opisuje zdarzenia, odczucia, wspomina księży, którzy tam zakończyli swoje życie, tworząc tym samym dokument – długą listę nazwisk, tłumaczy zachowanie swoich współbraci i oprawców, nikogo nie oskarżając.

Jak wielką tęsknotą była dla Niego Polska, jak bardzo się o nią niepokoił. Zawarł to w swojej książce z obozu, jak również – w liście z 19 stycznia 1982 r., którego fragment przytaczam:

„Smutne były nasze tegoroczne Święta, ale wiemy, że Wasze były jeszcze smutniejsze. Byliśmy wszyscy ogromnie wstrząśnięci, kiedy jeden z naszych Czarnych przyjaciół przybiegł do nas po Mszy św. w niedzielę 13 grudnia i powiedział nam co przed chwilą usłyszał przez radio… Mieliśmy odtąd prawie stały dyżur przy radio, niektórzy nawet po nocach nastawiali na Londyn, Washington, Moskwę, Johannesburg, Luxemburg, a nawet na Suit-Arabię. Wiadomości były coraz tragiczniejsze… aresztowania… nawet te najtragiczniejsze… trupy…Wyjechałem 19-go grudnia do Kabwe i Lusaki. Myślałem, że dostanę tam nieco więcej wiadomości – nie bawiło mnie to, że pytano mnie czy nie mam jakich wiarygodnych wiadomości – skąd? Z tej naszej dziury w Chingombe? A pytali się wszyscy – Czarni, Hindusi, Irlandczycy, Anglicy i Amerykanie. Dziękuję tym wszystkim, co mi przysłali w listach opłatki i jedlinę. Jedliny jednak tego roku nie mogliśmy na stole wigilijnym położyć…. opłatkami się połamaliśmy, ale nie mogliśmy sobie życzyć „Wesołych Świąt”, tylko najwyżej lepszego jutra i zmiłowania Bożego – i „żeby Polska była Polską….”. Nasze tegoroczne Wilie przypomniały mi obraz (zdaje mi się Jacka Malczewskiego) „Wigilia Zesłańców na Syberii”. Nie myślcie jednak, że tylko mazgailiśmy się, ale łącząc się z Wami wszystkimi myślą, sercem i duszą, a zwłaszcza z tymi Rodzinami Polskimi, które zasiadając do stołu Wigilijnego starały się odwracać oczy od pustych miejsc, modliliśmy się za Was wszystkich, za smutnych Rodaków, za całą Polskę, prosząc Matkę Jezusową, by tak jak swemu Dzieciątku, tak i każdemu Polakowi otarła łzy i pocieszyła, a Jezusa prosimy, by nas oświecił „co nam czynić trzeba”, bo nie mazgajenie się, tylko czyn ludzi dobrej woli wyjedna nam łaskę Bożą, a z nią lepsze jutro dla Polski. W tej intencji zorganizowano modlitwy i Mszę św. za Polskę w Lusace, a 16 grudnia w Chingombe Mszę św. za Polskę odprawiłem…”.

Jego przesłanie: Robić co Bóg chce, a nie co by się samemu chciało – można stale mieć na uwadze, a wtedy łatwiej będzie nam się żyło.

W 1997 roku widziałam Go w otoczeniu Ojca Świętego Jana Pawła II, na Placu Zamkowym w Warszawie, jednak nie było możliwości podejścia do niego i przywitania się, ale nawet z pewnej odległości nie stracił nic ze swej dawnej witalności, mimo sędziwego wieku emanowała z niego radość, która się wszystkim udzielała.

W 2006 roku w Domu Polonii w Warszawie miała miejsce wystawa poświęcona misjom. Jaką wielką radością i wzruszeniem było dla mnie zobaczenie nagranego materiału z Afryki i sędziwego, 96-letmniego, ks. Kardynała Adama Kozłowieckiego zmieniającego opatrunek czarnoskóremu dziecku – Sługa w Chrystusie najniższy.

28 września 2007 r. Radio Watykańskie doniosło, że w szpitalu w Lusace zmarł tego dnia kard. Adam Kozłowiecki, emerytowany arcybiskup stolicy Zambii.

Iga Pik (Jadwiga Grosiak)
Pismo „WSPÓLNOTA POLSKA”, listopad-grudzień 6/2007